Read More

slide

Czy Ludwika zdawała sobie sprawę?

c-milosc-bez-konca-77--1

Jej synek uwieczniony zostaje w dziełach sztuki o europejskiej sławie – nie mamy przekazów. Wiemy tylko, że interesowała się gorąco jego portretami, że opisywała je matce i posyłała jej nawet kopie, wykonane przez równieńskich czy też innych malarzy. Nic też dziwnego, że chłopiec, od maleńkości przebywający w atmosferze wielkiej sztuki i wysokiej kultury, stanie się, gdy dorośnie, kolekcjonerem i protektorem sztuki, że będzie w przyszłości we Lwowie pierwszym kuratorem Ossolineum. . Nie wiemy, jak długo przebywała Ludwika w Łańcucie i w Warszawie, ale jest pewne, że z początkiem 1794 r. była już w Równem. Tadeusz Jerzy Stecki podaje, że „30 stycznia 1794 r. książę Józef Lubomirski wszystkie swoje dobra urzędowym aktem desygnował żonie Ludwice”. W trzy miesiące później wybuchło powstanie. Dziewczęcy ideał Ludwiki, za którym zawsze biegły jej myśli, stanął na czele walczącego narodu. Możemy się tylko domyślać, co wówczas przeżywała, jak śledziła przebieg powstania i jakie życzenia i błogosławieństwa słała w duchu tak bliskiemu zawsze jej sercu, a dziś Najwyższemu Naczelnikowi Narodu. Od Steckiego dowiadujemy się, że księżna Ludwika również „skubała szarpie i słała je na potrzeby wojska narodowego”. Dnia 12 kwietnia dotarła do Równego wieść o zwycięstwie racławickim. Ludwika postanowiła udać się niezwłocznie do Warszawy, chcąc być w centrum zbiegających się wieści. Jednakże nie pojechała z nie znanych nam powodów. Znalazła się tam dopiero w maju. Wówczas to czytała odezwy Kościuszki skierowane do wojska i do narodu, a następnie Uniwersał połaniecki. To, o czym kiedyś, przed dwudziestu laty, marzył i co zwierzał jej w parku sosnowickim, teraz sam mógł zrealizować. Niedługo jednak mogła zajmować się reformatorskimi poczynaniami Kościuszki, bo tuż po Uniwersale nadeszły wieści z rewolucyjnego Paryża o aresztowaniu w dniu 24 kwietnia żony brata Aleksandra, Rozalii z Chodkiewiczów Lubomirskiej. Ludwika przejęła się bardzo tymi wiadomościami, zazwyczaj bowiem takie aresztowania arystokratów kończyły się tragicznie. Rozalia, dwadzieścia lat młodsza od Ludwiki, była śliczną, młodą i wesołą osobą. W okresie Sejmu Czteroletniego ks. Rozalia, uchodząca za jedną z najpiękniejszych kobiet, cieszyła się wielkim powodzeniem w salonach. Swego czasu Ludwika korzystała z jej pośrednictwa w przypominaniu królowi o etacie dla Kościuszki.

Ozdobo rodzaju ludzkiego!

images

Trzecia z kolei była Odezwa do duchowieństwa, które wzywał Kościuszko do wypełnienia narodowego i moralnego obowiązku, w dawaniu przykładu gorliwości o Ojczyznę. Tegoż samego dnia wydał również Odezwę do Kobiet. „Ozdobo rodzaju ludzkiego! Płci piękna! Cierpię szczerze na widok niespokojnej twej troskliwości o los śmiałego przedsięwzięcia, które ku oswobodzeniu Ojczyzny przedsiębiorą Polacy! Łzy Wasze, które Wam ta troskliwość serc czułych wyciska, przejmują rozkoszą serce rodaka Waszego, ogólnemu szczęściu poświęcającego się. Pozwólcie mi Współobywatelki podać Wam moją myśl, w której się znajdzie i dogodność czułości Waszej i dogodzenie potrzebie publicznej. Taki jest los ludzkości naszej nieszczęśliwy, iż ani praw swoich utrzymać, ani praw Narodu odzyskać nie można bez przykrych i kosztownych sercom tkliwym ofiar! Bracia, synowie, mężowie Wasi bić się idą, krew nasza musi Wasze upewnić szczęście, Kobiety! Niechże onej wylew Wasze strzymają starania. Raczcie, proszę Was o to na miłość ludzkości, robić szarpie i bandaże dla wojska. Ofiara ta rąk pięknych ulży cierpieniom i męstwo samo zachęci. Dan w Głównej Kwaterze, w Krakowie dnia 24 marca 1794 r.” Aczkolwiek od zarania naszych walk zbrojnych kobiety przeważnie opiekowały się rannymi przywiezionymi do ich domostw (nie było bowiem aż do końca XVIII wieku lazaretów wojskowych), to jednak dopiero pierwszy Kościuszko jako Najwyższy Naczelnik powołał je oficjalnie do służby publicznej. I wyznaczył im rolę w owym czasie najwłaściwszą – to jest pomoc i opiekę nad rannymi i chorymi żołnierzami. Ponadto wezwał kobiety wszystkich stanów. Nie zwracał się tylko do dam, lecz do ogółu kobiet, nie tylko szlachcianki, lecz także mieszczanki i chłopki miały przecież mężów, braci i synów, biorących udział w wojnie o wyzwolenie.

Odwaga pokazana w Ameryce

kobieta-milosc-mezczyzna

Według Niemcewicza o powołaniu Kościuszki na naczelnika powstania narodowego zadecydowały: „Odwaga jego i zdatność okazane w amerykańskiej wojnie, pamięć chlubnej pod Dubienką walki, miłość w wojsku, powszechny w kraju szacunek, wytrwałość, śmiałość, szczerość i nieskazitelność charakteru”… Te cechy „godnym go czyniły tak znakomitej ufności dowodu. Był to mąż właśnie do czasów (odpowiedni), posiadający zalety, łatwo zjednujący przyzwolenie mnogości”. Zaś L. Dębicki podkreśla wyraźnie udział kobiet Polek w rozszerzaniu tej popularności. Wiemy już, jak w Puławach i w Sieniawie przyjmowany i doceniony był Kościuszko, jakie uroczystości na jego cześć urządzała księżna Izabela; Leon Dębicki uzasadnia popularność Kościuszki następująco: „W kołach patriotycznych rozumiano, że w chwilach ciężkich i czarnych potrzeba zjednoczyć się wokoło jednego człowieka. Imię Kościuszki już przechodziło z ust do ust, a Puławy (czytaj: panie puławskie – D.W.W.) niemało się przyczyniły do rozszerzenia tej niezmiernej popularności, która przygotowała tę wyjątkową w dziejach dyktaturę. Gdy nadeszła … stanowcza chwila, Kościuszko nie potrzebował naczelnictwa zdobywać, bo ono tkwiło już w nim i w przeczuciu całej opinii polskiej”. Przy takiej powszechnej opinii krajowi konspiratorzy zażądali od Kościuszki, aby już jesienią 1793 r. rozpoczął powstanie, ale Kościuszko uznał, że przygotowania są jeszcze niewystarczające, zwłaszcza wśród drobnej szlachty i chłopów. Przewidywał rozpoczęcie powstania jednocześnie w Warszawie, Wilnie, Lublinie w marcu 1794 r. O przyjęciu tego właśnie terminu zdecydowała – postanowiona pod naciskiem ambasadora carycy, lgelstróma, redukcja liczby wojska polskiego z takim wysiłkiem uchwałami Sejmu Wielkiego powiększonego. Katarzyna II i jej ambasadorzy zdawali sobie sprawę z szerzącego się wrzenia w Polsce. Pragnąc temu  zapobiec, carowa przez swą ambasadę wywarła nacisk na Radę Nieustającą, aby ta wydała nakaz zredukowania armii polskiej do połowy. Jednocześnie rozpoczął się niemal przymusowy werbunek zredukowanych żołnierzy do wojsk armii zaborczych, a głównie do carskich. „Obawa żołnierzy przed długotrwałą służbą na obczyźnie, ich krzywda materialna spowodowana zaleganiem w wypłacie żołdu wywołały nacisk od dołu, a zarazem ułatwiły agitację sprzysiężonym” – pisze Herbst.

Portret Ludwiki przez Grassiego namalowany

milosc-romantyczna1

W czasie pobytu w Warszawie Ludwika zamówiła portret u przebywającego wówczas w stolicy głośnego już włoskiego malarza, Grassiego (1758-1838). Przybył on do Polski z Wiednia w 1791 r. na zaproszenie ks. Józefa Poniatowskiego, którego portret zaczął malować jeszcze nad Dunajem. Utalentowany portrecista otrzymał od razu w Polsce dużo zamówień. Namalował w latach 1790-1792 kilka portretów ks. Józefa Poniatowskiego (w różnych pozach), ks. A. B. Jabłonowskiego (1791 r.), St. Kostki Potockiego, J. F. Moszyńskiego i innych, a przede wszystkim – wiele portretów kobiecych. Jego zazwyczaj wyidealizowane portrety wytwornych kobiet  cechuje w tym okresie miękki modelunek i złotawa tonacja. „Widoczny jest w nich wpływ malarstwa angielskiego, zwłaszcza w tłach pejzażowych i preromantycznej nastrojowości” – jak piszą historycy sztuki. Znane Ludwice panie pozowały właśnie Grassiemu do portretów. Ujrzawszy namalowany przez niego wizerunek swej sąsiadki, Antoniny Eleonory z Komorowskich Ilińskiej, rodzonej siostry słynnej Gertrudy Potockiej – uwiecznionej w Marii Malczewskiego – tak się nim zachwyciła, że natychmiast zamówiła swój portret. Pozowanie odbywało się prawdopodobnie pod koniec lata lub w początkach jesieni 1792. Nie jest więc wykluczone, że w tym samym czasie malował Grassi znany portret Kościuszki, gdyż jesienią tegoż roku Kościuszko jako rekonwalescent przebywał jeszcze w Warszawie. Jest zatem możliwe, że Ludwika w tym okresie mogła niejednokrotnie spotykać się z Tadeuszem właśnie w pracowni Grassiego. Według opisu Jerzego Mycielskiego „portret Ludwiki (zaginiony podczas II wojny światowej) o wymiarach 92X71 … jako dzieło malarskie jest …mistrzowski w stonowaniu barwy białopopielatej i bladoli- liowej: prawdziwa symfonia kolorystyczna «en gris mauve»”. Księżna Ludwika nie była już pierwszej młodości i nie tak czarującej piękności jak Antonina z Komorowskich Ilińska, niemniej malarz wydobył cały jej wdzięk i urok. Na obrazie „widzimy twarz ściągłą i jakby zmęczoną … nos cienki, ale za długi”. Patrzą z portretu na nas „duże, prześliczne, ciemno- błękitne, prawie szafirowe oczy, które dała swemu słynnemu z piękności synowi, księciu Henrykowi. Cała postać owinięta jest w białe gazy, które jedną ręką od twarzy odchyla, a które zlewają się z tłem bladoperłowym; ubrana jest w jasnozłocistą suknię z szarfą lila … podparła się jakby znużona o stół kamienny i z pewnym smutkiem w oczach patrzy przed siebie. W mało którym portrecie dowiódł Grassi równej wykwintności i mistrzostwa w kolorystycznym stonowaniu” – stwierdza Mycielski.

Gospody przemieniły się w hotele

W ciągu kilku lat miasteczko przeobraziło się – jak twierdzi Antoni Rolle i inni – w miejscowość leczniczą. „Skromne przedtem gospody i zajazdy przemieniły się w hotele, nawet z odcieniem wygód za granicą tylko spotykanych”. Zaczęły wyrastać nowe domy, a stare przebudowywano ku wygodzie przyjeżdżających. „Otwarto wreszcie i salony zamkowe dla zabaw, amatorskich przedstawień i balów”; wreszcie spacery po okolicy uprzyjemniały czas przebywającym nieraz po kilka tygodni na leczeniu u Hakenszmita. Wrzało więc w Międzybożu życie towarzyskie wśród przyjezdnych; urządzano zjazdy familijne i festyny. Osiadające tu na czas dłuższy rodziny szlacheckie, głównie damy, otwierały swoje „salony” i przyjmowały gości. Szybko utworzyło się koło towarzyskie, którego pierwszym ośrodkiem stała się starościna liwska, Teresa ze Stadnickich Grabianczyna, ze stale chorującą matką oraz córką Anną. W Międzybożu mieszkali również państwo kasz- telanostwo Morscy, a choć niedaleko mieli dużą wieś, tu „prowadzili dom otwarty”, bo pani kasztelanowa, „wychowana za granicą i rozmiłowana w francuszczyźnie, nudziła się na wsi”. Inny jeszcze „dom otwarty” należał do chorążego żydaczowskiego, bogatego Macieja Żurowskiego, który „stale słabując i potrzebując opieki lekarskiej”, osiadł w Międzybożu z żoną, osiemnastoletnią córką Teklusią i rówieśnicą jej, kuzynką, również Teklą – Orlewską. Oprócz tych rodzin tygodniami i miesiącami zamieszkiwali Stadniccy, Markowscy, Marchoccy, Zgliszczyńscy, Lipińscy, Starzyńscy i inni. Trzy pierwsze domy stanowiły jednak główny ośrodek życia towarzyskiego, jako że znajdowało się tam aż pięć panien na wydaniu.

„Cudowne dziecko” Ludwiki

Wprawdzie, zabierając chłopczyka, marszałkowa Lubomirska przyrzekała, że rodzice będą mogli – kiedy zechcą – widywać się z dzieckiem, lecz w praktyce okazało się to niemożliwe, gdyż stale albo wojażowała ona po kraju, albo przebywała za granicą. W 1784 r., po przybyciu do kraju, udała się razem z królem do Radzynia. Kiedy hetmanowa Sosnowska dowiedziała się o tym, zwróciła się natychmiast do króla ze swymi kłopotami majątkowymi, prosząc go o pomoc i opiekę. W liście datowanym 20 sierpnia 1787 r. matka powiadomiła córkę Ludwikę o swojej audiencji u króla, przez którego została bardzo serdecznie przyjęta. Król, wysłuchawszy jej próśb, zaprosił ją do swego stołu. „Spotkała mnie przy stole – donosi hetmanowa – radosna niespodzianka […] Razem z królem przybyła tam księżna marszałkowa Lubomirska […] z naszym najukochańszym Henrysiem […] Przez jego piękny wzrost i urodę […] twarz przęśliczną i słodką mogłabym go nie poznać od razu, tak się zmienił. Ale instynkt serca mojego powiedział mi wszystko […] Łaska księżny marszał- kowej oświadczająca i prezentująca mi to kochane dziecię, ukontentowaniem najwyższym serce moje przepełniła […] Cieszyłam się niewypowiedzianie tym najmilszym dziecięciem. Gdyśmy byli u stołu – to dziecię raz przy księżnej marszałkowej, drugi raz do mnie przychodziło. Bawiło nas i wszystkie nam grzeczności oświadczało. Znasz go dobrze, kochana córko, i lepiej aniżeli ja umiem wyrazić te wszystkie przymioty, które ma w sobie. Księżna kocha go niezmiernie! Jej afekt i przywiązanie, gdy mówi o nim, wydaje się w jej miłej twarzy […] iżby nie więcej miłości i starań świadczyć mogła dla własnego rodzonego syna. Po obiedzie kochany Henryś bawił się w bilard. Król wstał […] i poszedł do niego, przez kwadrans bawił się z nim bilardem. Ten widok pełen ukontentowania zajmował całą duszę i serce moje”.

Nie ważny majątek…

Dzisiaj dziwić nas może zgoda tak bogatych rodziców jak Lubomirscy na oddanie dziecka krewnej z myślą, że odziedziczy ono w przyszłości jeszcze większy niż ich rodzicielski majątek. Ale w tamtych czasach nie były to wypadki odosobnione. Przecież i starszy brat Józefa, Aleksander Lubomirski – jak podaje Stefan Jaroszewski – nie wychował się w rodzicielskim domu pod okiem ojca Stanisława (wojewody bracławskiego, a później kijowskiego) i matki Honoraty z Pociejów. Zabrali go dzieckiem, wychowywali i obdarowali dobrami Zofia i Antoni Lubomirscy, stryjeczni krewni jego ojca. Już w roku 1776 ks. Zofia oddała na własność Aleksandrowi aktem prawnym połowę warszawskiego pałacu Lubomirskich na Wielopolu (dziś pałac koło Żelaznej Bramy), a po jej śmierci w 1790 r. objął cały pałac oraz wielki klucz dóbr opolskich (Lubelskie) i dobrskich. W rodzinie Lubomirskich oddanie dziecka krewnym nie było czymś nadzwyczajnym. Poza tym w tamtych czasach na porządku dziennym było także oddawanie pańskich maleństw mamkom na wieś, przeciwko czemu tak ostro protestował J. J. Rousseau. Ale Ludwika wychowywała się w innej atmosferze. Ciężko było jej pogodzić się z myślą oddania synka. Zwyciężyła jednak wyższa racja. Prawdopodobnie Ludwika w liście do swej matki wspomniała zarówno o pomyślnych horoskopach dla chłopczyka, jak i o swym macierzyńskim niepokoju, albowiem hetmanowa Sosnowska pisze: „Arcy-przyjaznym i łaskawym jest oświadczenie księżnej marszałkowej dla kochanego naszego Henrysia …, zapewnienie mu tego wszystkiego, czego mu tylko do całkowitej pomyślności życzyć można …

Zrodziła się ta gwałtowna miłość

Otóż księżna Izabela miała aż cztery córki, ale żadnego potomka męskiego. A właśnie marzeniem jej i najsilniejszym pragnieniem było posiadanie syna, dziedzica rodu i nazwiska. Ze wspomnień generałowej ziem podolskich, księżnej Izabeli z Flemingów Czartoryskiej, wyłania się sylwetka samotnej i smutnej księżny marszałkowej: „W swej mokotowskiej rezydencji, pełnej świątyń, grot, namiotów i wiejskich domków ukrytych w zieleni … spędzała księżna Lubomirska wcale niewesołe dni … Wśród wyrafinowanego przepychu, wśród najrzadszych kwiatów, w blaskach łamiących się w świecznikach z górskiego szkła i żarzących się kryształach luster, otoczona nieprzemijającym pięknem przedmiotów – leżała na niskiej sofie ich właścicielka, drobna’, chuda, starzejąca się
kobieta obsługiwana przez tureckiego służącego, piękniejszego niż słońce … Ani jednej z czterech jej córek … nie było przy matce … Rzadko kiedy widywano je razem … Izabela Lubomirska źłe znosiła ich obecność, bowiem zawsze pragnęła mieć syna, a zawód po każdym połogu odbijał się na Bogu ducha winnych dziewczętach. Owszem, dbała o ich edukację … starannie dobierała im mężów, ale żal, że nie miała syna, odbijał się brakiem uczucia dla córek”. Ujrzawszy małego Henryka Lubomirskiego, księżna uznała go za dar losu. Bo chłopaczek był istotnie niezwykle pięknym dzieckiem, przy tym pełnym wdzięku i dziecięcego czaru. Rozpoczęły się więc pertraktacje o dziecko. Księżna marszałkowa oświadczyła, że gorącym sercem pragnie się zająć wychowaniem i edukacją Henryczka, że otoczy go najlepszymi guwernerami, pokaże mu, gdy podrośnie, szeroki świat i majątkowo zabezpieczy jego przyszłość. Nie pragnie wcale oderwać go całkowicie od rodziców i rodzeństwa. Będą mogli widywać się z dzieckiem, kiedy tylko zechcą; marszałkowa będzie też przyjeżdżała z nim do Równego, ale prag^ nie, aby dziecko wychowywało się w jej domu, pod jej wyłącznie opieką.

Porwanie panny z klasztoru i ślub

Pewnego razu „w noc burzliwą Ludwika posłyszała jęki kobiece, dochodzące z przyklasztornego cmentarza. Poruszyły one jej litość. Gdy w towarzystwie starszej zakonnicy młoda nowicjuszka wybiegła za furtę dla niesienia ratunku jęczącej, porwali ją nieznani jej ludzie i zawieźli do odległego zamku. Tam nazajutrz ukazał się jej ojciec i zapowiedział natychmiastowy ślub z właścicielem tegoż zamku, księciem Józefem Lubomirskim”. Wprawdzie klasztor znajdował się niezbyt daleko od Ratna, lecz już w powiecie kowelskim, a z Kowla do zamku Lubomirskich w Równem za parę godzin nocnych nawet rozstawionymi końmi nie można dojechać. Być więc może, że była to jakaś inna i bliżej położona posiadłość Lubomirskich, do której dowieziono Ludwikę. Sprytnie zatem urządził to jej ojciec. Jemu, hetmanowi polnemu, nie wypadało najeżdżać na klasztor i porywać zeń własnej córki. Podstępnie wywabił ją za klasztorną furtę i dopiero stamtąd kazał ją porwać. Sam ukazał się córce dopiero nazajutrz i oświadczył jej swą nieodmienną wolę. Ludwika i teraz jeszcze próbowała się bronić. Chciała zjednać sobie księdza i podczas spowiedzi przedślubnej opowiedziała wszystko spowiednikowi. Wyznała też księciu Józefowi, że jej serce należy tylko do Kościuszki.
„Oświadczyłam mu – pisała w kilka lat później, już jako Lubomirska, do Kościuszki – że tylko ciebie kocham, że wyrzekłam się posiadania twej osoby, lecz nie twej miłości. Kapłan zdawał się to pojmować, ubolewał nade mną, lecz wyższa jakaś władała nim potęga. Ślub się odbył przymusowy. Tu myślą goniłam za tobą, bo jak moja dusza była przy tobie, tak moje serce należy do ciebie, a tylko moją nie złączoną z duchem osobę oddałam księciu”. W takich to dramatycznych okolicznościach zakochana w Kościuszce panna Ludwika Sosnowska została pod koniec 1776 r. bez własnej woli zaślubiona księciu Józefowi Lubomirskiemu.

Surowe prawo do związku

W dawnej Polsce, gdy prawo rodzinne, a właściwie przemoc ojcowska decydowała o losie, a więc o całym życiu córek, uciec/ka panien do klasztoru przed nie chcianym małżeństwem była od dawna stosowanym i jedynym sposobem. Bogu w opiekę oddającą się dziewicę rzadko siły świeckie ważyły się wyciągać. I klasztory żeńskie korzystały z tego przywileju. Znalazłszy się za furtą, Ludwika też poczuła się bezpieczna. Widocznie spotkała się ze zrozumieniem przełożonej, gdyż ta nie tylko ją przyjęła, ale dyplomatycznie poradziła napisać list do króla Stanisława Augusta o pozwolenie „pozostania w klasztorze, by w nim żyć i umierać”. Nie znamy tej korespondencji z królem, ale że Ludwika istotnie list wystosowała, świadczyć może jeden z jej późniejszych listów do Stanisława Augusta, w którym m.in. pisze: „Znane są W.Kr. Mości dawne stosunki między mną i p. Kościuszką”. Czy król odpowiedział na ten list lub czy interweniował u ojca – nie wiemy. Z przytoczonego przez Korzona listu Ludwiki do Kościuszki dowiadujemy się, że przez pewien czas przebywała w tym klasztorze; prawdopodobnie całą zimę i wiosnę 1776 r. Odbywała nowicjat, zapoznawała się z surowymi regułami zakonu, w którym pragnęła spędzić resztę życia.

Ludwika Lubomirska przed powstaniem i w okresie powstania

images (1)

W tym samym czasie, gdy Kościuszko po swej dymisji latem 1792 r. szukał drogi wyjścia z nieszczęsnej sytuacji Ojczyzny, Ludwika przeżywała ciężkie chwile. Po akcesie króla do konfederacji targowickiej urlopowany uprzednio ks. Józef Lubomirski powrócił do swojej funkcji generała- -majora i szefa 5 pułku przedniej straży wojsk koronnych. Ale już dnia 6 maja 1793 r. pułk jego został wcielony do wojsk rosyjskich. Stało się to w związku z przyłączeniem Wołynia do Rosji po krótkiej wojnie polsko- -rosyjskiej w obronie Konstytucji. W lutym 1794 r. Lubomirski, generał bez dywizji, został zredukowany w ramach ogólnej redukcji wojska. Rok 1793 okazał się dla Ludwiki podwójnie ciężki. W przeciwieństwie do męża, którego mało obchodziły sprawy publiczne, interesowała się teraz polityką. Była przecież córką hetmana Sosnowskiego. Nie bez znaczenia był też wpływ Kościuszki i jego gorący patriotyzm. Ludwika śledziła uważnie jego dalszą karierę, interesowało ją, gdzie przebywa i co robi. Gdyby żyła później, mogłaby powtórzyć za Słowackim „Twój czar nade mną trwa”. Wprawdzie zalążki obywatelskiego patrzenia na życie i patriotyzm ujawniły się u panny Sosnowskiej jeszcze w latach dziewczęcych, zaś jej miłość, a potem przyjaźń dla Tadeusza upodobniały ją do niego sposobem myślenia i odczuwania. Teraz wstydziła się wprost serwi- listycznej postawy swego męża, pomimo że usiłowała go tłumaczyć ostrożnością z powodu poważnego zadłużenia majątków. On zresztą okazywał żonie bezwzględne zaufanie i oddanie, co dowiedzione zostanie przepisaniem na jej własność wszystkich rodowych majątków. Na razie poza kłopotami natury ogólnonarodowej i majątkowymi na rodzinę Lubomirskich spadły dodatkowe zmartwienia. W Warszawie długo chorował i w 1793 r. zmarł mający osiemdziesiąt dziewięć lat teść Ludwiki, ów nieodpowiedzialny szałaput, Stanisław Lubomirski, człowiek o niepełnej sprawności umysłowej. Śmierć jego sprowadziła nowe powikłania w sprawach zapisów księcia Stanisława na rzecz ostatniej przyjaciółki. Wiele czasu musiała spędzić Ludwika w Warszawie, aby z pomocą jurystów wyprostować te sprawy. Tegoż 1793 r. dużo podróżowała po Polsce. Z korespondencji hetmanowej Sosnowskiej dowiadujemy się, że na jakiś czas wyjechała do Łańcuta, by nacieszyć się synkiem, przebywającym tam z marszałkową, a także uzyskać jej pomoc. Marszałkowa przywiozła do Łańcuta słynną rzeźbę marmurową Canowy, przedstawiającą Henryka jako „Amora” oraz wspomniane już jego portrety, wykonane przez sławnych mistrzów.

Wybuch powstania i jego przebieg

k,NDE4MjA0MzQsNzc3ODcx,f,1f0ae7c3aeee151fmed

Nie będziemy opisywać szczegółowo całego przebiegu powstania – znają go Czytelnicy z lektur szkolnych – przypomnimy tylko główne jego wydarzenia i zwrócimy uwagę na rolę kobiet, które Kościuszko pierwszy wezwał do walki o wyzwolenie narodowe. A więc 24 marca 1794 r. na Rynku Krakowskim odbyło się uroczyste ogłoszenie „Aktu powstania obywatelów, mieszkańców województwa krakowskiego, którym to aktem obierano Tadeusza Kościuszkę «Najwyższym, Jedynym Naczelnikiem i rządcą całego zbrojnego powstania»”. Akt zapowiadał rychłe powołanie Rady Najwyższej Narodowej, która z kolei podejmie prace organizacyjno-administracyjne na terenach zajmowanych przez powstańców, zorganizuje sądownictwo i inne strony życia publicznego. Tadeusz Kościuszko, powołany na Najwyższego Naczelnika Siły Zbrojnej Narodowej, zaprzysiągł „w obliczu Boga całemu Narodowi Polskiemu, iż powierzonej mu władzy na niczyj prywatny ucisk nie użyje, lecz jedynie obrony całości granic, odzyskania samowładności Narodu i powszechnej wolności”. Z datą 24 marca 1794 r. wydał Kościuszko – jako Najwyższy Naczelnik cztery odezwy, którymi wzywał cały naród do udziału w walce o wolność. Pierwszą była Odezwa do Wojska, podkreślająca hasła: wolność, całość, niepodległość, zakończona wezwaniem – „Śmierć lub zwycięstwo”. Następną była Odezwa do Obywatelów … „Wzywany po tylokrotnie od Was do ratowania kochanej Ojczyzny, stawam na czele podług Waszej woli. Lecz nie potrafię skruszyć obelżywego jarzma niewoli, jeżeli od Was jak najprędszego i najdzielniejszego wsparcia nie znajdę. Wspomagajcież mnie więc całą siłą Waszą i spieszcie się pod chorągwie Ojczyzny”.

W środowiskach konspiracyjnych za granicą

milosc-cierpliwa-jest

Pożegnawszy się z przyjaciółmi w Warszawie, Lwowie, Puławach i Zamościu, Kościuszko udał się pod obcym nazwiskiem do Saksonii. W końcu grudnia znajdował się w Lipsku. Wtedy właśnie – jak piszą niektórzy historycy – a nie latem 1792 r. miał się dowiedzieć, że rewolucyjne Zgromadzenie Prawodawcze w Paryżu nadało mu honorowe obywatelstwo francuskie. Przyszło to w samą porę, bo już rządy zaborcze wydały jednakowe zarządzenie, aby go aresztować i uwięzić. W Saksonii znalazł się w środowisku politycznej konspiracji polskiej. Ignacy Potocki, Hugo Kołłątaj i inni przygotowywali się do nowej walki o niepodległość. Stanisław Herbst pisze, że konspiratorzy polscy, widząc we Francji rewolucyjnej naturalnego sprzymierzeńca w ewentualnej polskiej wojnie wyzwoleńczej, w celu nawiązania z nią współpracy wyprawili Kościuszkę jako honorowego obywatela Francji i przewidywanego naczelnika powstania do Paryża. Tam Kościuszko dotarł do żyrondystów, konferował z nimi, ale nie otrzymał żadnych konkretnych obietnic – jak twierdzi St. Herbst – chociaż „jedni i drudzy doceniali znaczenie polskiego powstania jako dywersji osłabiającej interwencję reakcji europejskiej” w stosunku do rewolucyjnej Francji. W tych warunkach szykujący się do walki Polacy zrozumieli, że nie mogą liczyć na żadną pomoc z zewnątrz, muszą więc unikać jednoczesnej walki ze wszystkimi zaborcami. Łudzono się, że za cenę istotnych wyrzeczeń uda się zachować neutralność Austrii, a nawet Prus, i skupić cały wysiłek na wojnie z Rosją. Korzon pisze, że już wówczas Andrzej Kapostas i Ignacy Działyński wysunęli konieczność obrania naczelnika przyszłej walki i „jednomyślnie wybór padł na Kościuszkę”. Wysłannicy warszawscy udali się do Kościuszki, przebywającego wówczas w Lipsku. Kościuszko, jak twierdzą jego biografowie, przyjął wybór natychmiast z Lipska udał się do Drezna.

Wartość artystyczna

milosc-320x202

W 1913 r. portret Lubomirskiej był w posiadaniu jej prawnuka hr. Stanisława Stadnickiego w Krysowie; nie wiemy, czy i gdzie się znajduje dzisiaj. Janina Ruszczycówna twierdzi, że „portret L. Lubomirskiej należy do prac ciekawych i o dużej wartości artystycznej”. Nie lada ciekawostką byłoby wyjaśnienie, w jakich okolicznościach wykonał Grassi portrety Kościuszki pod jesień 1792 r. Data głównego portretu (w mundurze generalskim), podawana na 1793 r., jest nie do przyjęcia, bowiem w tymże roku przebywał Kościuszko daleko od Warszawy (w Lipsku, Paryżu, Dreźnie, potajemnie w Krakowie, we Florencji). Natomiast w 1792 r. od 3 sierpnia do 20 października bawił w Warszawie. Wiemy, że Grassi związał się w Polsce z grupą postępowych patriotów, a podczas powstania 1794 r. będzie walczył w obronie Warszawy. Mógł więc z własnej woli wykonać portret bohatera spod Dubienki, pamiętajmy jednak, źe był cudzoziemcem i dość drogim malarzem, utrzymującym się ze swej pracy. Czy Kościuszko sam zgłosił się do jego pracowni, czy był przez kogoś innego (np. przez Ludwikę) tam wprowadzony, nie wiadomo. Pewną jest natomiast rzeczą, że nie dysponując wówczas większą gotówką, liczyć się musiał z wydatkami, tym bardziej iż czekała go tułaczka emigracyjna, a portrety Grassiego były luksusem. Nadmienić wypada, że Grassi wykona w 1794 r. jeszcze dwa lub trzy portrety Kościuszki o twarzy takiej jak na obrazie z 1792 r., lecz inaczej usytuowana jest postać i w innym stroju (m.in. w sukmanie krakowskiej i takiejże czapce) oraz w szlifach generalskich. Kto płacił za te portrety? Czyżby Grassi namalował je z propolskiego sentymentu?

Choroba Ludwiki i pobyt w Warszawie

miloscwartoscizyciepsychologia

Bogusław Leśnodorski napisał, że Ludwika Lubomirska, „wychowana na Nowej Heloizie, nigdy nie miała zapomnieć o Kościuszce. Bacznie, choć z daleka, śledziła stale jego losy, mimo że miała dość własnych spraw, zmartwień i obowiązków. W czasie gdy Kościuszko wypełniał swe wojskowe zadania oraz kochał się i bawił w Międzybożu czy w Niemirowie, Ludwika poważnie zapadła na zdrowiu. Zaatakowały ją silne bóle reumatyczne. Jej organizm dopiero teraz zareagował na skutki długiego przebywania w mokrej i błotnistej Sosnowicy, a przede wszystkim wiecznie wilgotnym Ratnie. Sądząc z listów matki ze stycznia 1792 r., Ludwika miała ostre zapalenie stawów. Leczył ją lekarz z Dubna. Tradycyjnym zwyczajem dziedziczek i matron polskich, pełniących od dawna obowiązki lekarek własnej rodziny, a także służby i poddanych chłopów, hetmanowa Sosnowska zaleciła kurację i swej córce: „Jedyny i skuteczny lek na reumatyzm – pisała do Ludwiki – to konserwowanie się ciepło (ile tylko wytrzymać można) przy pomocy woreczków z prażonym piaskiem i solą, dalej rozcieranie suche, a także mrówczanym spirytusem, okadzanie bursztynem i stałe noszenie angielskiej flaneli”. Widocznie ta kuracja pomogła, bo po dwóch miesiącach Ludwika wyzdrowiała, a nawet udała się z mężem do Warszawy, gdzie zachorował jej teść tak ciężko, że była obawa o jego życie. Tymczasem w Warszawie nastąpił nawrót choroby i znowu matka zaleciła jej poprzednią kurację i radziła, by po ustąpieniu ostrego bólu … udała się na leczenie za granicę, gdzie są sławni lekarze.

Nie będziemy opisywać teraz dziejów nowej konspiracji

Yggdrassil

Znajdzie je Czytelnik w innych książkach; my zajmujemy się głównie kobietami, które przewinęły się przez życie Kościuszki. Nadmieniamy tylko, że parę miesięcy po wyjeździe Kościuszki z Zamościa kanclerzyna wdowa udała się z synem i córką oraz ich nauczycielem i wychowawcą, ks. Stanisławem Staszicem, w podróż do Włoch dla „wypolerowania” ich edukacji. W Rzymie w 1793 r. spotkano się z licznymi rodzinami polskimi, które portretowały się u głośnej w Europie malarki, Angeliki Kauffmann. Konstancja Zamoyska nie poszła śladami pięknych pań, zamawiających u Kauffmann swoje portrety. Zamówiła portret rodzinny, ujawniając przy tym indywidualne podejście. Życzyła sobie, aby malarka do portretu rodziny obecnej włączyła, jako postać centralną, nieżyjącego już męża, korzystając z podobizny jego, umieszczonej na medalu lub dawniej malowanym portrecie. Malarka namalowała go więc z profilu i w pozycji siedzącej. Nie wiadomo, dlaczego na tym obrazie nie ma konterfektu kanc- lerzyny. Centrum kompozycji stanowi siedząca postać Andrzeja Zamoyskiego, który wskazuje dłonią na popiersie swego przodka, zapewne XVI-wiecznego bohatera, Jana Zamoyskiego, kanclerza wielkiego koronnego i słynnego hetmana wielkiego, a także wybitnego męża’ stanu i polityka. Gest ten zdaje się wskazywać go synowi jako wzór do naśladowania. Anusia Zamoyska na portrecie oddana jest z całym wdziękiem i urokiem młodości, co było cechą charakterystyczną prawie wszystkich portretów niewieścich Angeliki. Podobieństwo Anny oddane zostało dość wiernie. Właściwie jest to jedyna podobizna Anusi z tego okresu. My powróćmy teraz znów do Ludwiki Lubomirskiej i przypatrzmy się jej obecnemu życiu.